Butelka wina z Le Cateau

opowiadanie o jednej fotografii

Był mroźny poranek 1976 roku. Przyszły mistrz horroru, Stephen King, pracował nad swoją kolejną książką – Bastion. Świat odliczał dni do zakończenia zimnej wojny, a w kinach pojawił się hit  – Rocky z Sylvestrem Stallone w roli głównej. Ileż to razy biedny bokser musiał dostać w twarz by w końcu odnaleźć spokój.

Za oknem hulał wiatr. Co jakiś czas stare drewniane ramy drżały pod jego naporem. Dodatkowo z dokładnością do kilkudziesięciu uderzeń na minutę, lodowe igiełki, dzwoniły w porysowane zabrudzone okno, przypominając pensjonariuszce uroczego zakątka dla „dawnych” gwiazd, że za oknem z pewnością jest znacznie zimniej niż w jej sercu.

A tam…było zimno od wielu lat.

Zofia odgarnęła długi pukiel kasztanowych włosów i powoli sięgnęła po niewielki zegarem z inicjałami – W.T. Litery mimo upływu niemal sześćdziesięciu lat, nadal stanowiły punkt oparcia dla jej pomarszczonych palców, gdy w nocy z lękiem sięgała po zegarek. Zawsze odnajdywała znajome zagłębienia i po chwili, mogła wrócić do krainy snów.

Patrząc na szalejącą zamieć, mimowolnie, jak co roku, odleciała gdzieś daleko; do 1915 roku, do małej wioski we Francji.

Stała przy oknie oświetlonej blaskiem świec karczmy. W rogu, przystojny porucznik grał na trójnogim pianinie – kiedyś ktoś z powodu braku opału, odpiłował jedną z nóg i wrzucił do kominka. Ten z kolei znajdował się w rogu głównej sali i naturalną koleją rzeczy gromadził wokół siebie najwięcej stolików. Przy każdym siedziało kilku mężczyzn. Grali w karty, śpiewali, pili tanie francuskie wino i nielegalnie produkowany mocny koniak z pobliskiej destylarni.

Podeszła to wysokiego bruneta o orzechowych oczach. Rozmawiała z kolegami i po jej podejściu do stolika, rozmowy ucichły.

– Panie sierżancie – zaczęła z uśmiechem. – Czy mogę prosić na słówko?

Brunet natychmiast zerwał się z krzesła i podbiegł do nowego gościa. Zofia lekko podskoczyła gdy William wziął ją w ramiona i przy pogwizdywaniach i zachęcających okrzykach swoich towarzyszy, pocałował ją jak nigdy dotąd – no może zdarzały się już podobne przypadki, ale lubiła myśleć o takich chwilach z owym „nigdy dotąd” w tle.

– Jak się cieszę, że już jesteś – wydusił z siebie gdy ich usta, w końcu się rozdzieliły. – Chodź, zjemy coś i musimy to uczcić – wskazał na nich i na całą karczmę. – Jest Nowy Rok. Jesteś tu. Chodź już, musimy znaleźć Ci krzesło.

Po wydaniu kilku komend w kierunku kilku szeregowców i karczmarza, na stoliku pomiędzy Williamem i Zofią znalazł się duży kawałek żółtego sera, kilka pajd chleba, odrobina masła – prawdziwy skarb – i dwa cieniutkie plastry dymiącej aromatycznej wołowiny. Na koniec William zabrał swoim kompanom napoczętą już, butelkę wina i spojrzał na swoją ukochaną.

– Opowiadaj. Mówiłaś, że będziesz przez całe święta w Paryżu i, że nie dostaniesz przepustki – zmarszczył lekko brwi. – Bo wiesz…Front jest zaledwie 80 km od nas. To niby daleko, ale dziś to już nic nie jest pewne…- spochmurniał i zaczął nalewać wino.

Gdy skierował szyjkę butelki do jej kieliszka, ręka zaczęła mu drżeć i ten stan nie ustał do końca ich wizyty. Nie wiedziała wtedy co to oznaczało. Dlaczego niemal każdy „drżał” prawie przez cały czas. Dziś po latach…. wiedziała …. cały świat wiedział i miał się o tym przekonać dopiero znacznie później.

– Jestem tu. To się liczy. Kilka dobrych zdjęć. Jedna kolacja z żoną kogoś ze sztabu; wiesz moją fanką – uśmiechnęła się. – Ta kobieta uwielbia moja zdjęcia i pomysły na nowe kreacje. Podobno po wojnie, będę mogła rozwinąć skrzydła i tworzyć moje suknie a nawet – tu z robiła krótką pauzę – spodnie!!! Uwierzysz w to? Kobieta w spodniach.

– Tak najdroższa, to niesamowite. Ale ja wolę Cię chyba w sukni lub najlepiej….. – Nie dokończył tylko uśmiechnął w ten sam sposób by rok wcześniej rozmawiał z nią w Londynie podczas jej wernisażu. Widziała co to oznaczało.

Ser był trochę zbyt wilgotny, chleb pyszny – pachniał jeszcze ciepłą mąką, bo karczmarz sam go wypiekł przez całą dobę. Wino…. uderzyło do głowy, a wołowina już dawno zniknęła z talerzy. Rozmawiali niewiele. Ona nie chciała pytać o jego życie na froncie. Codziennie czytała gazety i widziała kilka szpitali, które przyjmowały rannych przywożonych z Francji. Najbardziej przerażały ją liczne ubytki pod białymi prześcieradłami, gdy razem z przedstawicielami dzielnic Londynu i firm zaopatrujących armię, udawała się tam by wspomóc sprawę z 1914 roku.  

– Szykujemy kilka dużych ofensyw na ten rok. Do lata będzie po wszystkim, a jesienią zorganizujemy dla Ciebie sesję w Berlinie.

– Bardzo bym tego chciała – odpowiedziała z nadzieją, że jego słowa się spełnią i za rok będę już w jej domu planując…..przyszłość?

Po chwili milczenia, dodała:

– Zróbmy sobie zdjęcie. Tylko Ty i Ja. W okolicy jest mój fotograf i prosiłam by wieczorem zajrzał do karczmy Gastona.

Niski, krępy jegomość z aparatem zjawił się po kilku minutach. Para ustawiła się w najlepiej oświetlonej części sali. Wyszli pięknie. Jak para młoda. On w mundurze, ona w ciepłym czarnym kożuchu z norek. Kosztował fortunę, ale dla Williama, musiała wyglądać pięknie.

Po kilu dniach, William dostał wezwanie do służby. Jego kompania miała zmienić przetrzebioną przez ostrzał załogę jednej z wysuniętych placówek.

Pożegnali się jak zwykle. Bez słów. Nie było żadnego: „kocham Cię”, „będzie dobrze”. Oboje wiedzieli, że każda chwila jest im dana – tu i teraz. Ufali swoim uczuciom. Pisali do siebie. Ale gdy On machał do Niej z okna odjeżdżającego pociągu, zawsze milczeli.

A potem? Gdy pociąg odjechał na tyle daleko by On już jej nie widział; padała na ziemię. Zalewała się łzami i mimo przemakającej sukni nie wstała przez długi czas.

A On? Gdy upewnił się, że Ona go już nie widzi, sięgał do rozpiętego kołnierza, poprawiał włosy i szedł do swoich ludzi. Patrzyli na niego. Znał ich. Jeśli uroniłby jedną łzę…. tylko jedną, cała jego drużyna mogła zginąć. Wiedział to i czuł, że jeśli pozwoli smutkowi zasiać w sobie najmniejsze ziarno, kiedyś pęknie i popełni błąd. Wyda zły rozkaz, rozkażę biec zamiast paść. Nie mógł tego zrobić sobie. Nie mógł tego zrobić swoim ludziom.

*

Zofia patrzyła na mroczny poranek gdy wspomnienie z 1915 roku powoli ulatywało z jej umysłu do serca. Tak będzie czekać do kolejnych Świąt. No chyba, że……

Wyjęła z książki pewną fotografię. Widziała na niej parę młodych ludzi. Mogli mieć maksymalnie po dwadzieścia lat. Po prawej stronie stał wysoki sierżant piechoty armii brytyjskiej. Towarzyszyła mu piękna kobieta. Jej długi płaszcz sięgał poza kadr fotografii. Wyglądali bajecznie. Na odwrocie widniał napis, który pewna młoda projektantka napisała piórem zimą 1915 roku.

„Nowy Rok – 1915. Le Cateau”.

Na fotografie spadła jedna łza.  Wróciła do okna. Patrzyła w zamieć i jak co roku marzyła by do jej drzwi zapukał nieznajomy. To musiałby być jej William. Wystarczyłby jego kuzyn, brat, syn? Ktokolwiek kto odnalazłby ją po tylu latach i powiedział co stało się jesienią 1915 roku pod Loos w Belgii.

Nikt nigdy nie zapukał. Nie napisał. Stała więc i patrzyła w mrok. A ten zaczął powoli ustępował nowemu dniu. Szaruga styczniowego poranka wypełniła horyzont.

Już miała wrócić do łóżka, gdy w oddali dostrzegła dwa blade punkty. Najwidoczniej pierwsi noworoczni odwiedzający z daleka właśnie dojeżdżali do głównej bramy posiadłości, pomyślała i z lekkim uśmiechem sięgnęła po rozpoczęta poprzedniego dnia książkę młodego polskiego pisarza.

*

Nie było łatwo znaleźć chętnego na taką wyprawę kierowcę, szczególnie o tej porze roku, w takiej pogodzie i w takim pośpiechu.

Wiekowy jegomość, siedział na tylnej kanapie mercedesa, gdy kierowca zbliżył się do bramy. W oddali zobaczył światło w jednym z okien domu opieki dla „dawnych” sław.

Spojrzał na zdjęcie dwójki młodych ludzi wykonane we Francji w 1915 roku. Młody żołnierz i pięknie ubrana dziewczyna. Mogli mieć maksymalnie po dwadzieścia lat…..

Dodaj komentarz